Archiwum dla Luty 2009

#11 jeszcze włoszczyzna

i to nie byle jaka włoszczyzna, tylko włoSZZczyzna (z długim esz). stoi w rzędzie obok keksu, sosierki, wersalki, empoli (może nie aż tak) i rotundy.

nowe opowiadanie rozpoczęte. w zasadzie zabrałem się za dokańczanie dawno już rozpoczętego opowiadania. chyba brak motywacji jest powodem, dla którego nie wybiegłem poza kilka pierwszych akapitów.
na szczęście są takie dni jak ten. wyjście ze szkoły po godzinie 18, na dworze ciemno i zimno. koło ksero, jak zwykle, ktoś musiał pojechać na tyle szybko i blisko krawężnika by ochlapać mi spodnie. szczęśliwie ratuje mnie Mando ze swoim Gloria. następnie 20 minut czekania na przystanku. liczyłem na jakiś luksus w postaci mercedesa. przeliczyłem się. może to i lepiej, że podjechało to co podjechało. przynajmniej jest o czym opowiadanie napisać.

już nawet nie mam sił na zebranie, uszeregowanie i porządne sklasyfikowanie myśli. ale pokłócić się z samym sobą też jest czasem dobrze. dowód na to, że jeszcze zależy nam na własnej osobie i nie jesteśmy obojętni wobec tego co nasza gorsza strona robi i w jaką samowolę popada.
można coś z siebie wyrzucić, coś na coś podmienić, a coś dodać. nie wypada jedynie strzelić sobie w ryj.

Reklamy

#10 sosierka, wersalka, keks, emploi

fajne miasto ten Lublin. myślałem, że kończy się na Krakowskim Przedmieściu, a jak pójdziemy dalej to będziemy się już odbijać w szklanych ścianach banków, beton przytłoczy i ściśnie, a sklepowe witryny i neony spowodują, że noc zrówna się z dniem.
a wystarczyło przejść przez ulicę, potknąć się o tory tramwajowe, wymusić pierwszeństwo, dostać ‚z bara’ od tamtejszego przedstawiciela środowiska lubującego się w tanich winach, przejść przez wielką bramę i już się było w innym świecie.
widok zdezelowanego i zardzewiałego roweru zawieszonego na ścianie na wysokości pierwszego piętra, stara kostka brukowa wypolerowana przez padający śnieg i przechodniów, małe, ciasne bramy, kamienice z oczami w postaci okien zasłonięte powiekami firan, lampy uliczne rzucające ciepłe, miękkie światło na twarze obcych.

ale zwiedzanie starego miasta nie było powodem, dla którego pojawiliśmy się w Lublinie. ale nie o tym. w ogóle nie o Lublinie.

było..mmm, a naleśnik jeszcze nigdy mi tak nie smakował.
mhmm. ładnie było.

bo w końcu trzeba skądś czerpać pomysły^^

#09 może trochę czwartku?

jest środa, ale piszę o czwartakach, bo to najdziwniejsze dni w ciągu całego miesiąca. takie inne..fajne

leci sobie Gloria, piję malinową herbatę z mojego ulubionego kubka (gruby, opasły, przerośnięty, błękitny, węższy u dołu, szerszy przy brzegu, krzywo doprawione ucho, wyszczerbiony, rysy wewnątrz od ciągłego mieszania i wiosłowania łyżeczką), przede mną stos kartek, we łbie mętlik, a ja jeszcze ostatnim rzutem na taśmę (pewnie z desperacji i rozpaczy) uczę się ról.

nosz ja pier**** i herbata na spodniach. wrzątek. pi-i-ęknie.

Gauloises’a?

#08 Well, well, well..

..aż dziw człowieka bierze po usłyszeniu takich słów.
coś jakby dyskretny uśmiech w środku, powstrzymywany przez zdrowy rozsądek i pamięć o tym co się stało (‚co się stało’-brzmi to tak jakby nie-wiadomo-co się stało, ale nie znajduję lepszego określenia). normalnie, szczena w dół. następnie słowa wyrażające niedowierzanie, a w głowie myśl pod tytułem: ‚fajnie by było’ lub też ‚może kiedyś’ albo ‚chyba jedn…

Nie wierzył już, aby zdarzyło się to, czego pragnął, a wiedział, że bez wiary to się nie zdarzy. Wiedział, że bez wiary nie zdarza się nic z tego, co powinno nastąpić, z wiarą też zresztą prawie nigdy.


kawał dobrej muzyki

#07 Patterns pretty as can be.

ferie oficjalnie uważam za skończone.
znowu wrócimy do szkół, zajęć, popychania pierdół, udawania, że coś robimy, pracowania nad tym by kolejny dzień był lepszy od tego, do narzekania, oszukiwania, uśmiechów tych szczerych i tych, które zakładamy, ‚bo wypada’. do mentalnego poniżania i gnojenia innych. do ułamków sekund, do tych spojrzeń, w których patrzący streszczają tylko sobie znaną historię.
ale nie czas na mówienie co będzie.

to były dziwne dwa tygodnie. dwa tygodnie z hakiem. przynajmniej dla mnie. były niezrozumiałą kumulacją wydarzeń, które miały miejsce przez ostatnie pół roku plus sytuacje nieoczekiwane. dużo nauki i cennych lekcji i takie tam.

dooooobra.
dzisiaj bez zbędnych mądrości i przypominania ogólnie znanych prawd.
dzisiaj, na ten ostatni feryjny (feralny?) wieczór jedynie to.

#06 just breathe

just-breathe-rf-small

pełną piersią. bez filtrów.

ciężki dzień. taak. za dużo myśli, za dużo kudłatych myśli by stworzyć coś spójnego, logicznego.

mmm.

#05 zagrasz?

Nagle zaczynam lepiej rozumieć przerażający gest „Adama” Masaccia. Zakrywa twarz, aby osłonić wizję tego, co było jego własnością. W tej małej, ręcznej nocy przechowuje ostatnie wspomnienie swojego raju. I płacze (bo przecież jest to równocześnie gest człowieka kryjącego łzy) widząc, że wszystko jest nadaremne, że prawdziwa kara teraz się zaczyna, a jest nią zapomnienie Edenu, a więc owczy konformizm, tania, brudna radość z pracy, spocone czoło i płatny urlop.

każdy miał kiedyś swój Eden. gdy miałeś 6 lat był to nowy samochodzik lub lalka. z wiekiem Eden stawał się coraz mniej materialny, by ostatecznie przyjąć postać znaną tylko Tobie i wciśniętą w pamiętnik wspomnień w tylko Tobie znane miejsce. zawsze gdy otwierałeś myśli na tej stronie, uśmiechałeś się.

kiedyś musiał przyjść ten dzień, w którym robiąc porządki przez przypadek pozbyłeś się pamiętnika.
a może to on pozbył się Ciebie?
panicznie zakrywasz twarz rękoma, by we właśnie stworzonym pomieszczeniu raz jeszcze go poszukać.

paradoks. czy nie jest Ci lżej bez ciężaru Edenu? bez konieczności pielęgnowania samochodziku czy lalki?
aż wstyd się przyznać jak łatwo przyszło Ci wymazanie ze słownika tego terminu.

terminu?

metafory, metafory.